Budujemy Kampera

Karma wraca, więc budujemy Kampera!!!

To co nas ostatnio spotkało jest po prostu niesamowite. Koleżanka krzyczy „karma”, druga mówi „przeznaczenie i tak musiało być”. Teraz i my tak myślimy, po tym wszystkim co przeszliśmy przez ostatnie dwa miesiące.

Ale od początku….

Po zakończeniu zeszłorocznego okresu urlopowego zaczęliśmy kombinować co możemy nowego zrobić i czym się zająć. Niewiadówka skończona i dopieszczona z każdej strony, więc moglibyśmy jedynie zmienić jej wystrój, co nie wydało nam się zbyt atrakcyjnym zajęciem.

Głównym źródłem napędu stał się dla nas Euro Trip. Pewnego zimowego popołudnia zaczęliśmy przeglądać zdjęcia z wyjazdu, a szczególnie te z Portugalii na których mamy wszystkie najfajniejsze bryki, campery i przyczepy jakie tylko udało nam się wypatrzeć. W końcu padło jedno hasło „Budujemy kampera? „, a że sami siebie nie musieliśmy zapewniać, że to świetny pomysł, odłożyliśmy kasę i zaczęły się poszukiwania tego jedynego, wymarzonego trupa, który zmieni się dzięki naszej pracy w kolejny mobilny dom na kółkach. Tu zaczęły się schody. Wiedzieliśmy, że nasz budżet jest niski ale od początku nie oszukiwaliśmy się, że kupimy za to Merca z 2006 roku bez grama rdzy. Skupiliśmy się na staruszkach z charyzmą i duszą tj. mercedes kaczka albo stary poczciwy VW LT. Niestety wszystkie te samochody sprzedawały się z prędkością światła, a na dodatek mieliśmy okazję obserwować nowy ruch na rynku motoryzacyjnym – wszystkie stare samochody, które nas interesowały zaczęły wyjeżdżać do Afryki! Nie nadążaliśmy dzwonić, pisać, dobijać się drzwiami i oknami. Koniec. Po 1,5 miesiąca codziennego przeszukiwania internetu stwierdziliśmy, że nie mamy szans na znalezienie czegokolwiek w tym budżecie. Byliśmy już rozdrażnieni i zawiedzeni, że nie damy rady zrealizować naszego planu. Podjęliśmy wtedy decyzję, że znajdziemy coś nieco nowszego ( min. transita ), co nie bardzo mi się podobało ale wiedziałam, że nie mamy innego wyjścia. Kolejne pół miesiąca przeglądania internetu strona po stronie, ogłoszenie po ogłoszeniu.

W końcu coś się ruszyło. Niedaleko nas znaleźliśmy transita z 2003 roku z oknami po bokach i wszystkim czego potrzebowaliśmy. Oczywiście do poprawek, które mieliśmy wykonać sami. Staliśmy nad nim godzinę oglądając dokładnie z każdej strony. Biliśmy się z myślami i nie wiedzieliśmy czy ten zakup byłby dobrą decyzją. Wiedzieliśmy jednak, że jak teraz się nie zdecydujemy możemy zostać z niczym przez kolejne miesiące licząc na cud i przede wszystkim nie zrealizowalibyśmy naszego planu. Kiedy powiedzieliśmy, że chcemy go kupić i podpisać umowę, facet zaczął kręcić. Podkreślę, że zajmował się prowadzeniem komisu i wynajmem samochodów, a pojęcie o tym miał mniejsze niż ja lub myślał, że trafił na kretynów. Marcin postanowił, że wycofujemy się teraz z zakupu ale umówiliśmy się, że do rana przemyślimy sprawę a on nam ten samochód zarezerwuje…

Wróciliśmy do domu i zaczęliśmy snuć plany remontowe. Nakręciliśmy się już i cieszyliśmy, że poszukiwania zakończone – w końcu! . Niestety … dealer stwierdził „takiego wała” i rano nas poinformował, że właśnie podpisuje umowę. Nie muszę Wam mówić jak się we mnie gotowało, w przeciwieństwie do Marcina, który przez dziwne zachowanie sprzedawcy miał obawy co do tego zakupu. Poczułam, że już mi się nie chce, nie mam siły i w dupie już mam cały ten pomysł. Mimo to po raz kolejny otworzyłam laptopa i zaczęłam przeszukiwać strony, na które nie mogłam już patrzeć. Po wykonaniu paru telefonów i znalezieniu jednego samochodu, który nie dość, że był w świetnym stanie, był stary to jeszcze poniżej naszego budżetu. Jeszcze tego samego dnia pojechaliśmy do Łodzi. Nie mieliśmy już nic do stracenia.

I tu jest ta cała karma i przeznaczenie, o którym napisałam na początku. Trafiliśmy na Tomka, który był właścicielem DAFa 400. Przez telefon sympatyczny głos mówił, że sam chciał ten samochód wykorzystać do firmy i zrobił go pod siebie ale z tyłu głowy miałam – ile tych bajek ja już słyszałam przez te 2 miesiące. Dojechaliśmy do Łodzi w umówione miejsce i zobaczyliśmy nasz obiekt westchnień tak długo wyczekiwany. Dokładnie obejrzeliśmy samochód, który pięknie wyszykował ówczesny właściciel, zrobił blachę i parę innych rzeczy, dodatkowo przeciągnął grilla specjalną farbą która daje efekt korozji. Jarałam się jak dziecko, doceniłam i pochwaliłam artystyczny wkład własny w auto i nagle Tomek mówi, że pokaże nam coś jeszcze. Okazało się, że jest freakiem motoryzacyjnym i zrobił już nie jedną renowację starego auta. W jego garażu stała piękna BMka, pociągnięta tą samą rdzawą farbą. No laleczka jakich mało i w wyjątkowym klimacie! Facet z pasją nie ma co! Dobiliśmy targu z ogromnym zadowoleniem, bo poczuliśmy, że nasz nowy samochód ma duszę i dodatkowo Tomek pięknie go ogarnął. Na koniec śmiał się, że po taki samochód to pewnie przyjadą handlarze zniczy  😀 No nie… to tylko MY!

Tak od cała historia naszych poszukiwań. Nie traćcie nadziei, nie poddawajcie się! Wszystko się w końcu ułoży! 😉