Adopcja, Adopcja psa

Jak pogodzić się ze stratą psa? Adopcja na złamane serce.

Czy można pogodzić się ze stratą przyjaciela? Nie. Można to jedynie w jakiś sposób zaakceptować.

Parę miesięcy temu musieliśmy pożegnać nasze oczko w głowie Roksankę. Do dziś nie jest to dla nas łatwe i czasem łzy kręcą się w oku. Tęsknimy. Cholernie. Marcin z tęsknoty zapuścił brzuszek, ja zaczęłam prężyć dumnie początki cellulitu na tyłku, bo zamiast chodzić na spacery utknęliśmy w domu. Próby wyjścia nad Wisłę kończyły się płaczem, bo wszędzie widzieliśmy naszą małą. Wyskakiwała nam zza krzaków, widzieliśmy ją na ścieżkach… istna tortura. Przestaliśmy więc chodzić na spacery, bo było dla nas za ciężkie. Tak trwało to parę miesięcy i kiedy spróbowaliśmy po raz kolejny wypełznąć z domu, Marcin powiedział, że spacery bez psa są nudne i nie mają już swojego uroku. Pojawił się pomysł adopcji, choć to ja byłam bardziej zdystansowana. W końcu mamy jeszcze kota z którym pies musi się dogadać.  Ale, że nie jestem osobą którą długo trzeba namawiać i wiedziałam, że prędzej czy później ten moment nadejdzie, więc nim się obejrzeliśmy zaczęliśmy szukać psa do pokochania.

W ten oto sposób adoptowaliśmy Zoche. Nie obeszło się bez wizyt w naszym domu i zostawieniem jej z nami na parę godzin, żebyśmy się trochę razem skumali. Mała ma około 1,5 roku i dopiero zaprzyjaźnia się z miastem. Wcześniej hasała po wsi, więc każdy głośny dźwięk, ludzie i nowe otoczenie były dla niej trochę stresujące. Powoli przyzwyczajaliśmy ją do życia w mieście i teraz Zocha ma nawet paczkę osiedlowych ziomeczków.

Początki nie są łatwe. Zocha przywiązała się do opiekunki z domu tymczasowego i każda wizyta w nowym miejscu była dla niej stresem. Nic dziwnego, w końcu od dawna trafiała z miejsca na miejsce. Zanim trafiła do fundacji ktoś znalazł ją w lesie uwięzioną we wnykach. Na szczęście nic poważnego się nie stało i bardzo nie ucierpiała. Kiedy pierwszy raz do niej przyjechaliśmy, była zupełnie innym psem niż obecnie. Była wychudzona, smutna, a do ludzi podchodziła z dużą rezerwą. Nie przypomina obecnie Zochy z tamtego okresu. Choć minęło niewiele odkąd jesteśmy w czwórkę ( my, Zocha i Tocha the kot ) to jesteśmy w sobie zakochani. Ogon nie przestaje merdać, a jej radość jest dla nas lekiem na całe zło!

Cieszymy się, że znów w domu słychać stukot pazurków po podłodze!!

Uszy do góry! 🙂

 

Adopcja, Adopcja psa